wtorek, 3 września 2013

Mała Fatra - pożegnanie

poranek ostatni na Słowacji, to śniadanie i spontaniczny pomysł, by chociaż zajrzeć w Beskid Żywiecki, zanim ruszyliśmy, ostatnie spotkanie z...
 no właśnie i tu pojawia się pytanie za 100 pkt:
Co uszczęśliwiało Dziecko z samego rana? i po powrocie ze szlaku popołudniem?

niezmiennie, nieustannie, zawsze w tej samej radosnej tonacji, szukając ich w ogrodzie naszego pensjonatu, wołała:
Oooooooooooowieczki! Oooooooooowieczki, gdzie jesteście? Chodźcie do mnie, Oooooooooooowieczki
:-)


poniedziałek, 2 września 2013

przedszkolak


pierwszy dzień za nami, za Nią!
jestem z Ciebie dumna!! szepczę Jej do uszka, odbierając wczesnym popołudniem, kiwa głową, mrucząc mhm, a potem pyta, co to znaczy dumny?

pewno, że płakałam, bo ja tęskniłam za moją mamusią, ale jutro też spróbuję przedszkola powiedziała i zasnęła
jestem z Ciebie dumna, Heli!!

niedziela, 1 września 2013

Mała Fatra dzień piąty i... mgła

pensjonat, w którym mieszkaliśmy otulony mgłą,
dolina, z której ruszała kolejka, również zatopiona we mgle,
to nie tak, że naiwnie myślałam, że w górach mgła się roztopi, pochowa, ucieknie, że nie będzie wiać i lać,
i że będzie ciepełko i słońce i piękne widoki, ale tak bardzo chciałam wejść na ten Krywań, tak bardzo moje nogi czuły niedosyt chodzenia po górach, że zdecydowałam, że idziemy!
kazałam (!) się ubierać wszystkim i bez marudzenia ruszać na szlak, wzięliśmy więcej długich rękawów, kurtki, czapki, szaliki i w Drogę!
kto chcę przeżyć przygodę, musi zaryzykować, prawda? Może co niektórzy patrzyli z politowaniem i pukali po głowach, co za niepoważni, nieodpowiedzialni rodzice zabierają Dziecko w taką pogodę w góry, ale nic to, skoro kolejka działa, to może nie jest wcale tak bardzo źle na górze, przekonywałam siebie samą i zdecydowanie mniej entuzjastycznie nastawioną ekipę...


w kolejce już wiedziałam, że raczej się nie przejaśni.
Jechaliśmy sami, wysiedliśmy na górze nie spotykając nikogo i wynegocjowałam, że chociaż się chwilkę przejdziemy, w końcu w takim mleku chodzić nieczęsta okazja. Heli ciepło opatulona w nosidle, wtulona w TM i ruszyliśmy na półgodzinny szlak do Chaty pod Chlebom


może i widoków nie było, było tylko zimno i wilgotno, mgła opadając, zostawiała na twarzach zimne drobinki, ale tego dnia czułam się tak szczęśliwie lekka. Nie umiem wyjaśnić dlaczego, tak dobrze się szło, tak dobrze oddychałam całą sobą, biegałam po szlaku, zbierając najpyszniejsze górskie jagody:


a prawdziwe nagrody czekały w schronisku: dla Heli rosołek, herbata, gry i zabawki, dla TM tatratea i mięso, dla mnie parené buchty s lekvárom i kakaom. Poezja smaku! pyszności nad pyszności! Do teraz pamiętam smak tych kluch parowanych, posypanych kakao z ciepłą morelą w środku. Poezja!

tam i humory towarzyszy drogi poprawiły się na dobre
choć pogoda pozostała niewzruszona, magia tego dnia wynagrodziła niezdobyty szczyt...









sobota, 31 sierpnia 2013

szczęśliwego nowego roku

hehe. tak, wcale mi się nie pomyliło
byliśmy oglądać fajerwerki na koniec wakacji razem z Martą, Piotrem i ichną Celinką i naszą Helenką,
i tak się nam jakoś udzieliło, bo pokaz lepszy od niejednego sylwestrowego :-)
nie zastanawiałam się długo, jaki deser przygotować na ostatnią sobotę wakacji na spotkanie z Przyjaciółmi w ich sielskim wiejskim domu, w końcu
królowa jest tylko jedna, a zwie się Pavlova  (o, a tu proszę potwierdzenie u Pieguski, że się nie mylę).
Dziś mieliśmy wersję de lux: z truskawkami, malinami i borówkami. Nie został nawet okruszek, a i na dokładkę już nie było:



puenta dzisiejszego dnia jest może i patetyczna, ale mi tak dobrze zrobił ten wniosek, że chcę go zapisać tu właśnie i teraz: DAWANIE przynosi dużo, dużo więcej niż branie!

piątek, 30 sierpnia 2013

przygotowujemy się



chyba najtrudniej mi...
Heli w poniedziałek rusza do przedszkola...

Mała Fatra dzień drugi, trzeci i czwarty

Dzień drugi, to Dolne i Nove Diery. Horne, podobno najciekawsze, zostawiliśmy, by wrócić.
Diery to po polsku "Dziury" i to słowo genialnie oddaje klimat i charakter tych miejsc - wąskich, krętych wąwozów, skalnych kanionów, które przez wiele wiele lat rzeźbiła płynąca z dużą siłą woda, wyrzeźbiła miejsca pełne załomów, urozmaiconych reliefów, cienistych szczelin, skalnych schowków, zwężeń, rozszerzeń. Słońca w wielu miejscach nie uświadczysz, gdy się pojawia przy wodospadach, dodaje cudownej poświaty i magii, dużo miejsc zacienionych, pełnych wilgoci, ale takiej ciekawej, miłej jakiejś, górskiej.
Heli przechodziła przez Diery dużo na własnych nogach, zafascynowana drabinkami, mostkami, wąskimi przejściami, tryskającą z przeróżnych miejsc wodą, dużo u mnie na rękach, bo często przejście w nosidle było po prostu niemożliwe.
Ciekawy dzień! ciekawy



Trzeciego dnia moczyliśmy się w podobno największym w centralnej Europie parku wodnym, w którym największym minusem był dziki tłum, a największymi plusami ciepluteńkie, cudne wody termalne i widoki na Zachodnie Tatry.
Czwartego natomiast moczył nas deszcz, psując wszystkie wtorkowe plany (wejście na Veľký Kriváň, najwyższy szczyt w grupie górskiej Małej Fatry), pozostało nam więc założenie kurtek i powolne snucie się po małych, pustych słowackich wioskach, wioseczkach, miastach, miasteczkach. W jednym z nich, noszących nazwę Žilina, w opisie którego w przewodniku K. znalazł, że to "miasto tętniące życiem", po godzinie 19. nawet Štúrbaks café & bistro było puste, a w poszukiwaniu smacznej smotanovej zmrzliny, czyli lodów śmietankowych trafiliśmy do McD, w którym to, atrakcją niespotykaną był żółw o dwóch głowach! serio, żywy był,ruszał się, choć z trudem, sama stałam i uwierzyć własnym oczom nie mogłam. A to było przygód kilka :-)

środa, 28 sierpnia 2013

Mała Fatra dzień pierwszy


Mała Fatra - Duża Radość.

Pasmo górskie w Zachodnich Karpatach, miejsce wypatrzone i wymarzone przez Iz, im się nie udało w tym roku tam pojechać, choć wierzę że Dolina Pięciu chociaż w części zaspokoiła górskie głody, udało się zakiełkować ten pomysł we mnie. Miała być Sycylia, Portugalia, w pewnym momencie Grecja, a trafiliśmy w końcu na Słowację, z trekingowymi butami, nosidłem, plecakiem, wszelkim górskim ekwipunkiem i przede wszystkim z otwartym i chętnym do wszystkiego Dzieckiem. Jej, poza wiatrem, przydarzały się same mniejsze i większe Radości. Plac zabaw co dzień (w każdym schronisku, przy każdej większej trasie miejsca dla dzieci, place zabaw z trampoliną albo gry i zabawki), ciasteczka i lody nie tylko w weekend, owieczki i konie, i basen termalny, i rosołek z kluseczkami, przekąski i śniadanka na świeżym powietrzu, Mama obecna i Tata nie w pracy.
Podział zadań był taki, że Heli w nosidle nosił TM, ja w plecaku prowiant, kurtki, aparat, wodę etc. Ciężki z rana plecak, stopniowo zmniejszał wagę, zwiększając wagę Damy w nosidle. Dodatkowym plusem, niemałym, było to, że mogłam obserwować, patrzeć przez obiektyw, być blisko i być też sama ze sobą, wietrzyć głowę górskimi wiatrami, kontemplować, chłonąć. Z pierwotnego planu, wychodząc w sobotę rano z Doliny Vratnej by wejść tylko na Chleb, podczas postojowych analiz map przez dwie mądre głowy, plany się zmieniały i zrobiła się całodzienna, piękna i słoneczna wędrówka graniami Małej Fatry i dopiero późnym popołudniem schodziliśmy w doliny.

poranek

muzyka, kawa i w piżamach do 10!
tak się dziś wolno zbierałyśmy w dzień i,
 

uskuteczniałyśmy slow life, albo inaczej, po prostu leniuchowałyśmy,
a czytam w Z., że czasem można:
"lenistwo, próżnowanie czy, jak kto woli, powolność ma swoje dobre strony. 
Pozwala doładować baterie, co ma ogromne znaczenie dla zdrowia psychicznego i fizycznego. Jest też okazją do odreagowania, uspokojenia myśli. 
Gdy zwalniamy, nasz umysł może swobodnie wędrować, a to jest warunkiem wszelkiej kreatywności.  
Leniuchując, zapominamy o troskach dnia codziennego i możemy udać się na poszukiwanie odpowiedzi na tak ważne pytania, jak „Kim jestem?” czy „Jaki sens ma moje życie?”.

i na koniec stópkowe love w helikowej wersji:



tyrek


piękne popołudnie, kolejny pełny dzień, z wizytacjami z różnych stron, ze słonkiem i dobrymi rozmowami z Mamką
Heli szczęśliwa, wpatrzona w Maniego, Mani dbający o Nią
odwiedziliśmy Koziołki. Jeden Pyrek, drugi Tyrek
genialne te imiona, szczególnie to drugie
też jestem trochę Tyrek, po siedmiu wypranych pralkach czekały stooooosy prasowania, wczoraj zawalczyłam z tymi górami
dziś Heli zastała deskę do prasowania obniżoną, a przy niej krzesło: to dla mnie tak uszykowałaś, żebym mogła pracować?
Mówię Jej, że po prostu byłam tak zmęczona, że musiałam dokończyć na siedząco.
Bierze więc swój telefon i dzwoni do Babci: Wiesz, Mama wczoraj nie dała już rady, musiała prasować tak nisko...